Krym cz 2

20 września (worek )
Rano pobudka po 3 po nieprzespanej praktycznie nocy (to ja – Artur, jak zwykle, spał jak zabity). Śliczna Nika, obudzona w środku nocy, zamawia nam taksówką,  a właściwie znajomego, bo taxi z korporacji był jakiś problem. Koleś przyjeżdża punktualnie, pasy wprawdzie nie działają, ale jak twierdzi, są zbędne. Bierze od nas tylko 35 hrv i jesteśmy na lotnisku. Jeszcze tylko odprawa, która w porównaniu z tą w Katowicach, jest niczym. Nikt nie zwraca uwagi na płyny w bagażu, czy butelkę wódki, w przeciwieństwie do upierdliwego gościa w Katowicach, który twierdził, że mam za dużo kosmetyków. Nawet jeśli są pakowane po 100 ml powinny się mieścić w maleńkim plastikowym woreczku. Uświadamiam go ze słodkim uśmiechem, że dla większości kobiet to nieosiągalne i że wyjeżdżam na dwa tygodnie. Działa. Za to w Kijowie mają to gdzieś, tak samo jak aparat i komórka, których zapomniałam wyciągnąć z torby. Nikt nie zwraca na nas uwagi. Startujemy. Z góry obserwujemy wschodzące słońce, Dniepr, którego nie udało nam isę zobaczyć dzień wcześniej. Za kilkadziesiąt minut będziemy w Symferopolu… To dobrze, bo znowu umieram z głodu. Plan: zjeść cokolwiek i znaleźć marszrutkę do Koktebel …



No i nie zjedliśmy..  Ledwo wyszliśmy z lotniska przyjechał trolejbus numer 8/9, który dotaszczył nas i nasze bagaże w okropnym ścisku do centrum Symferopola. Pojazd był niemiłosiernie stary, w środku wyglądał jak skrzyżowanie czołgu z furmanką i dziwiliśmy się że w ogóle jeszcze jeździ. Ale jeździł. Z drugiej strony nasza komunikacja miejska też często nie w wygląda dużo lepiej.
Po dotarciu do miasta chcieliśmy rozejrzeć się za marszrutką, ale zewsząd atakowali nas naganiacze z taksówek. W końcu jakiś koleś namówił nas na transport swoim fordem, w którym siedziały już dwie, jak twierdził, dziewuszki, jedna w wieku emerytalnym, ale niech mu będzie. Zapłaciliśmy wprawdzie drożej niż za busik, ale jechaliśmy od razu no i w przeliczeniu na złotówki  jakieś 30 zł od os. Poza tym liczyliśmy, że będzie szybciej. No i było. Tutaj są specyficzne zasady poruszania  się po drogach. Średnia prędkość 120 km/h po drogach w takim stanie, że u nas było by pewnie ograniczenie do 40 km/h. Wpychają się gdzie się da tymi obtłuczonymi samochodami, nawet cysterny wyprzedzają na trzeciego, a  pasów oczywiście „nie nada”.  Nasz kierowca pędził 140 km/h (śniło mi się ze jestem znowu  w startującym samolocie), więc do celu dotarliśmy dość szybko.  Kiedy odstawił dziewuszki do Teodozji, nasz kierowca stał się nagle bardzo rozmowny. Nawet sporo skumałam ale w trącałam się tylko za pomocą uśmiechów. Nawet nocleg w swoim hotelu Milena próbował nam wcisnąć, ale jak dowiedział się ile płacimy, i że mamy już zapłacone to spasował. Potem trochę błądziliśmy w poszukaniu naszego Villa Blues Hotel, bo uprzejmość Ukraińców ma swoje granice, kiedy chcą ci sami coś zaoferować. Nagle nikt nie wiedział gdzie jest ulica Szkolna, za to wszyscy proponowali nam noclegi :) Ale w końcu dotarliśmy do celu. Tam z kolei nie chcieli nas wpuścić, żadnego dzwonka, nikt nie słyszał naszego „hallo”. Nie potrafiliśmy otworzyć bramy, zamykanej na kod, której nikt nie potrafił nam podać. W końcu po międzynarodowej rozmowie telefonicznej z właścicielką, zorientowaliśmy się, że przecież można ją otworzyć od wewnątrz.
Hotelik okazał się w porządku. Może nie ma 5 gwiazdek, ale jest czysto, no i normalny kibelek, a nie „kucany” jak w knajpie w Kijowie. Jest też balkon a pod balkonem kocięta. Lodówka, mikrofala, no i telewizja po rusku.
Zostawiliśmy bagaże i szybko na plażę! Już pierwszy raz widzieliśmy morze, kiedy z Teodozji jechaliśmy do Koktebel. Ale teraz wyszliśmy prosto na molo (z hotelu mamy jakieś dziesięć minut). Niesamowity widok, kamienista plaża i góry wpadające prosto do Morza Czarnego. Żadnych statków1). Wiało niemiłosiernie, cały czas musiałam przytrzymywać mój drogi słomkowy kapelusz ;) A kilka metrów dalej , na plaży, spokój.. Pierwsze zdjęcia. Majestatyczne góry rezerwatu Kara-Dag i szpiczasta Święta Góra. Lepsze niż Tatry… :) Pospacerowaliśmy po molo a później rozłożyliśmy się na plaży. Podsmażyliśmy trochę nasze blade ciałka i ruszyliśmy na spacer deptakiem. Dotarliśmy aż do sławnej plaży golasków. Potem obiadek, a właściwie obiadokolacja. Płow – pyszna tatarska potrawa z ryżu, warzyw i baraniny, przyprawiona w specjalny sposób (zapamiętać – kupić do tego specjalną mieszankę przypraw).Spróbowaliśmy też roladek z grillowanych bakłażanów, pomidorków i sosu czosnkowego z ziołami – delicje, czeburieki z mięsem serem no i piwko. Jeśli tutejsze żarcie wszędzie jest tak pyszne to wrócimy do Polski jako grubasy…




 

Kupiliśmy też litr winka (na rozlew) na deptaku, oczywiście strasznie przepłaciliśmy, jak się później okazało. Na deptaku 60 hrv za litr, w pobliskim sklepie firmowym winnicy Koktebel – 30 hrv za litr. Ot frycowe. Potem chwilkę poleżeliśmy jeszcze na słonku na plaży golasków (na razie tylko topless), i wróciliśmy w końcu do hotelu, po drodze kupując bezpestkowego arbuza i kremowe ciasto, które ma chyba ze trzy tysiące kalorii, ale w końcu są wakacje.. :)

Prześlij komentarz