Modelki

Dziś jeszcze jedno, krótkie acz jakże miłe wspomnienie z Tatr. Rodzina sarenek odpoczywająca przy drodze do Morskiego Oka i nic sobie nie robiąca z tłumu fotografujących ich turystów. Dumnie pozują ciesząc się z trochę chłodniejszej pogody :)

z cyklu - nasze góry - Tatry


Każdy porządny człowiek powinien mieć w głowie, tudzież spisaną na kartce orientacyjna listę celów i rzeczy, które chciałby w życiu zrobić, małych i dużych,  wzniosłych i prozaicznych.  Dla mnie jedną z takich ambicji była chęć zmierzenia się z Orlą Percią. Po górach chodzę od dawna,  ale moje doświadczenie w zasadzie jest nikłe, ponieważ z Tatrami wiele do czynienia nie miałam. Żeby nie powiedzieć NIC.  Zawsze coś stało na przeszkodzie i całe to moje wędrowanie, to były głównie spacery po Beskidach.  W końcu jednak dotarłam i tam, rzecz jasna, z moim niezawodnym przewodnikiem, który rozpoczęcie mojej przygody z Tatrzańskimi szlakami zaplanował dość ambitnie, bo właśnie z Orlą Percią w tle. Myślałam, że stopnie wtajemniczenia jakieś będę przechodzić, a tu ktoś postanowił rzucić mnie na głęboką wodę. Takiego wyrazu zaufania nie mogłam jednak  zawieść, więc po pierwszodniowej rozgrzewce postaci Czarnego Stawu pod Rysami, i odpoczynku w saunie, drugiego dnia ruszyliśmy zobaczyć Dolinę Pięciu Stawów z Orlej Perci. Mój przewodnik kondycję ma świetną, szczególnie po ostatnich wędrówkach po włoskich Dolomitach (beze mnie!!!) , narzucił więc solidne tempo, jako, że trasę do przejścia mieliśmy sporą. Maszerowałam więc dzielnie z Kozienic nad Czarny Staw Gąsienicowy, droga dość prosta i przyjemna. Schody zaczęły się później. Spory kawałek za czarnym Stawem skręciliśmy na żółty szlak prowadzący do Orlej Perci (oczywiście nawet A. nie łudził się, ze przejdę od razu całą Orlą). Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to, że szlak w pewnym miejscu znajdował się pod śniegiem. Musieliśmy wejść na niego bokiem, a wspinanie się po skałach poza szlakiem, do najłatwiejszych i najbezpieczniejszych czynności nie należy. Strach więc w oczach był, szczególnie kiedy okazało się, ze chwilę wcześniej , kiedy wydawało nam się, że stoimy na wystającej półce skalnej pokrytej śniegiem, w rzeczywistości staliśmy na wystającej półce składającej się z samego śniegu! Nie miałam na szczęście czasu na atak paniki, bo zaraz pojawiły się kolejne przeszkody do przejścia, łańcuchy, klamry, trzeba było kontrolować każdy krok, każdy ruch. Wysiłek spory, adrenalina jeszcze większa. Po przygodzie z ukrytym szlakiem, Orla Perć to był dla mnie pikuś. Po drodze trafiliśmy jeszcze na studenta AWF, który pisze prace właśnie o tej trasie i przy okazji wypełniliśmy na jej temat ankietę. Przed nami droga była jeszcze długa i trudna. Pogoda popsuła nam trochę widoki, ale góry w chmurach robią tak niesamowite wrażenie, że w zasadzie tego aż tak bardzo nie żałowałam. Zobaczę je przecież następnym razem.  Bo wprawdzie ktoś z przymrużeniem stwierdził, że gdyby jego zabrano pierwszy raz w taką trasę, to już by w Tatry nie wrócił, ale ze mną nie pójdzie tak łatwo.
W Murzasichlu, gdzie mieszkaliśmy znaleźliśmy przesympatycznego starszego górala, który razem ze swym psem Kajtkiem, w zbitej ze starych desek budce sprzedaje świeżo wędzone (a nie moczone w herbacie) oscypki i wełniane skarpety (skarpet nie wędzi). Można powiedzieć, że zostaliśmy stałymi klientami, przez cale życie nie zjadłam tylu oscypków, ale też nigdy wcześniej nie jadłam takich pysznych, w samochodzie do dziś unosi się zapach wędzonki :)
W niedzielę natomiast mieliśmy szczęście trafić w Białce Tatrzańskiej na uroczystą mszę z góralskim zespołem. Nikt tak pięknie nie gra na skrzypcach jak górale. A siłę w płucach mają taką, że zawsze mnie ona zadziwia i nie mogę uwierzyć, że to śpiewają cztery osoby, a wydaje się jakby kilkadziesiąt zdzierało gardła. Piękno i fenomen muzyki ludowej tkwi przecież w jej prostocie i szczerości. Cenny to  skarb i dobrze, że są ludzie, którzy go pielęgnują, bo dzięki nim, czasem jakiś zabłąkany w białce turysta, może ukradkiem ocierać łzy wzruszenia.  











 Do następnego...