kajakiem przez świat?

o tym, że czasem lepiej z prądem niż pod prąd


"Sześciu szło, sześciu niosło, jeden - kajak, pięciu - wiosło". Taką oto, rzekomo harcerską, piosenką zwykł mi A. umilać różne nasze wędrówki i dłuższe spacery. Piosenka na harcerską mi wprawdzie niezbyt wygląda, ale jako że do tej zacnej organizacji nie dane mi było należeć, toteż nie mogę tego w stu procentach stwierdzić. Nie o noszeniu kajaków jednak będzie dziś mowa ale o spływaniu. Spływaniu kajakiem, rzecz jasna.

     Spływ kajakowy, był na mojej niezwykle długiej i bogatej liście rzeczy, które zamierzam w swoim  życiu prędzej czy później przedsięwziąć. Dla kogoś, kto jak ja, pływa raczej kiepsko i trochę boi się wody, spływ taki jawił się jakoś przygoda mrożąca krew w żyłach. Pływaliśmy już wprawdzie kajakiem po jeziorach, ale mój lęk wówczas też daje o sobie znać. Jestem z natury ostrożna i zawsze zmuszam A. do ubierania kapoka (mimo, że on akurat bardzo dobrze pływa), za co on z kolei mści się, bujając tym kajakiem, kiedy już wypłyniemy wystarczająco daleko od brzegu, doprowadzając mnie do szału oraz migotania przedsionków.

     Ale wracając do spływu. Widzieliście kiedyś zawody w kajakarstwie górskim? Mniej więcej tak to sobie wyobrażałam. Oto walczę z rwącym nurtem rzeki, ze wszystkich sił próbując przetrwać. Rzeczywistość okazała się jednak nie aż tak dramatyczna. Lato mamy raczej suche, więc już na samym początku organizator poinformował nas, że rzeka, która zwykle i tak nie jest zbyt głęboka (płynęliśmy rzeką Mała Panew) teraz sięga maksymalnie do kolan. No nie powiem, trochę mnie to rozczarowało, szczególnie, że największym, jak się okazało, zagrożeniem jakie miało nas spotkać, było osiadanie na mieliźnie.
Jeszcze trochę suszy i trzeba byłoby ten kajak ciągnąć :)

     Ludzi natomiast, w przeciwieństwie do wody, było zadziwiająco sporo. Początkowo więc skupialiśmy się głównie na tym, żeby ich jakoś wszystkich zgrabnie ominąć, wyminąć i zostawić daleko w tyle. Kiedy się to wreszcie udało, zostaliśmy tylko my, rzeka, las i cisza. Tylko drogi przed nami już niewiele zostało :). Kajak płynął z prądem rzeki, wystarczyło więc tylko tak manewrować, by po raz sto pięćdziesiąty nie wpaść na jakąś płyciznę.

Podsumowując super sprawa. Polecam każdemu, kto lubi aktywny wypoczynek, warto się wybrać,  nawet z kilkuletnim dzieckiem, jak zdążyliśmy zauważyć. Strasznie mi się podoba, kiedy widzę tak spędzające czas całe rodziny. Pokazują tym maluchom prawdziwy świat zamiast ekranu telewizora. Choć zdaję sobie sprawę, że to niełatwe zadanie, więc jednocześnie - podziwiam.
Warto zabrać ze sobą rękawiczki ochronne, np. takie rowerowe. Ja zawsze o nich zapominam i zawsze kończę takie przygody z pęcherzami na palcach.Cały spływ z miejscowości Zawadzkie do Przystani Amazonka, trwa ok 2-3 godz. Do przepłynięcia mamy 12 km. Trasy są różne zresztą, takie spływy organizowane są w całej Polsce w przeróżnych miejscach, wszędzie gdzie jest wody ciut tylko więcej niż do kostek więc tym bardziej zachęcamy.

My natomiast planujemy już następny wypad, modląc się o dobrą pogodę i nie dopuszczając do siebie myśli o tej następnej porze roku, co to niby ma nadejść ale lepiej nie wypowiadać jej nazwy, coby wilka z lasu nie wywołać.
 A poza tym, w weekend znowu rządził standardowy zestaw obrzydliwy - rower, jezioro, książka. Niech lato jeszcze trwa!



3 komentarze

oj, o spływach kajakowych to ja mogę wiele i chętnie się wypowiedzieć! Przed laty rok w rok tata zabierał mnie na spływy kajakowe kilkudniowe. Rzeczne, rzecz jasna ;) Płyneliśmy na 3 kajaki, obładowani prowiantem, na noc rozbijaliśmy obozy namiotowe, rozpalaliśmy ogniska, a rankiem wracaliśmy na rzekę.. super sprawa :)
I nawet chmary komarów, czy popieczone od słońca ręce nie były mi straszne :)

pozdrawiam :)

Reply

kurcze ekstra. marzy mi się takie coś :)

Reply

Prześlij komentarz